Już po przeczytaniu pierwszych słów odnosi się wrażenie, iż Punkt bohater książki Przemysława Liziniewicza od początku swojego żywota skazany jest na klęskę. Chociażby dlatego, iż tuż po urodzeniu przez kilka lat tzw. dzieciństwa przerzucany był z jednego miejsca w drugie niekiedy na odległość kilkuset kilometrów, pod opiekę raz jednej osoby, potem drugiej. Niestety konsekwencje takiej sytuacji dla dziecka były opłakane zresztą już psychologowie wychodzą z założenia, że to ogromny dyskomfort dla psychiki rozwijającego się człowieka, tym bardziej, że pozbawia się owego dziecka obojga rodziców:



„Miał sześć tygodni, kiedy został odstawiony od piersi, zawinięty w kocyk (było zimno – panowała temperatura przekraczająca – 15° i wiał wiatr), po czym zawieziony do babci. Z tamtych dni i wieczorów nie przypomina sobie niczego. W każdym razie w obrębie tego, co zapamiętał, nie zostało utrwalone nic, o czym mógłby powiedzieć, że z pewnością wydarzyło się naprawdę. Ale wiedział, z zasłyszanych relacji, że strasznie krzyczał. Początkowo sądzono, iż rozwiązania problemu owych jego, sygnalizowanych za pomocą dobywania z siebie głosu, dolegliwości należy upatrywać w gwałtownej zmianie przyzwyczajeń i rozstaniu z matką. Z czasem odkryto inną przyczynę, która okazała się bardziej przyziemna. Po prostu cierpiał od bólu, spowodowanego przepukliną jądrową”.

A jednak coś zmusza by czytać dalej. I wspomniana klęska, strona po stronie staje się rzeczywistością zwłaszcza gdy na horyzoncie pojawia się kobieta – Maryla. Bo czy klęską dla mężczyzny nie jest nieodwzajemniona miłość, która tak czule pielęgnowana czasem wyimaginowana staje się tylko jego niespełnionym pragnieniem…?