W „Kleszczu”, najnowszej powieści Krzysztofa P. Łabenda, autor pokazuje czytelnikowi, jeśli tak mogę powiedzieć, swoje nowe oblicze. Tak książka nie traktuje w swojej podstawowej warstwie o miłości, do czego Łabenda przyzwyczaił nas do tej pory ( „Pierścionek z cyrkonią”, „Wzgórze Młynarza”).

„Kleszcz”, to nie tylko powieść ocierająca się o political fiction, ale i w pewnym sensie powieść, całkiem zgrabnie napisana, z gatunku kryminalnych. Nie jest to jednak kryminał typowy, bowiem od początku czytelnik wie nie tylko, kto zbrodnię zaplanował, kto był jej wykonawcą, ale i jakie były jej motywy. Kwestia, „kto zabił” nie do końca jest jednak jasna, jeśli zastanowić się nad rolami, jakie w tej książce odgrywają Antoni Koszon i Mirosław Wrocławski. Nie ma więc w „Kleszczu” tego dreszczu emocji, oczekiwania do ostatniej strony na odpowiedź na owo podstawowe pytanie:, kto zabił? Są za to inne, myślę, że równie silne emocje.



Najnowsza powieść Krzysztofa P. Łabenda jest opowieścią o mrokach ludzkiej duszy, dodajmy duszy chorej. To także, może nieco uproszczony, obraz tego, jak bardzo władza może deprawować słabe psychicznie jednostki. Władza, tu autor nie odkrywa niczego nowego, deprawuje od zawsze. Tak było wówczas, gdy Józef Zybertowicz, jako dziecko został potrącony przez samochód należący do SB i wówczas, gdy bohater „Kleszcza” zetknął się z podłością i bezwzględnością Służby Bezpieczeństwa zmuszającej go do współpracy i donoszenia na kolegów. Zdeprawowanie „zbrojnego ramienia partii”, jakim była SB, ma swoje korzenie w zdeprawowanej partii i władzy. Władzy, która w obliczu śmierci robotników bez skrupułów przyznaje sobie nagrody i medale „za udział w akcji ratowniczej”. Udział ograniczający się do przeszkadzającej asysty i składania kondolencji. Ta zdeprawowana władza popycha tytułowego bohatera w objęcia swoich przeciwników. Jednakże, jeśli wierzyć Łabendzie, każda władza wcześniej czy później sama się deprawuje, a nie tylko deprawuje innych. Widać to wyraźnie kilka dekad później, gdy Zybertowicz zostaje Inkwizytorem, a Mirosław Warszawski sprawującym w kraju władzę absolutną Naczelnikiem Państwa. Wówczas władza niszczy ludzkie dusze pozwalając dochodzić do głosu najniższym instynktom, roszcząc sobie prawo do wyznaczania nie tylko wzorców zachowania, ale i tłumiąc wolność myśli i wypowiedzi. Cnotą staje się donos i eliminowanie z życia społecznego wszystkich, „inaczej myślących”. Zybertowicz otumaniony tą władzą staje się taki sam, jak jego niegdysiejsi prześladowcy. W mojej ocenie „Kleszcz” to bardzo gorzka opowieść.