31 grudnia 2133 roku na planecie Merkury rozbija się rakieta z logo ziemskiego, polskiego Urzędu Pracy. Wydostaje się z niej siedmiu skacowanych mężczyzn, którzy próbują uświadomić sobie, w jakim celu zostali wysłani na odległą planetę. Imbec, jeden z bohaterów, tak opisuje tę grupę:

Gołe dupy, żarcie, picie –

Oto całe wasze życie!

I jeszcze fura tytoniu –

Istny gamoń na gamoniu!

Słowem, nie są to wybitne jednostki, raczej postaci skupiające w sobie najgorsze cechy (Polaków?). Imbec przypomina też ideę tej wyprawy:

Należy docenić Unię,

Że doskonale rozumie

Potrzeby wybitnych obywateli,

Którzy by awansu chcieli

I nie marnują niedzieli

Na dzikie libacje,

Lecz podejmują eksplorację

Nieznanego,

By uzyskać wiedzę z tego

I wyjść z głupoty cienia,

Oświecając pokolenia…



Przybysze jednak dalecy są od prowadzenia badań i poszerzania swojej wiedzy na temat nieznanego. Interesuje ich jedynie możliwość zdobycia alkoholu, papierosów, jedzenia i kobiet. Niestety, planeta nie jest w to wszystko zasobna, więc muszą wzywać na pomoc miejscowego Boga, który sam jest siedliskiem wad wszelakich. Duch interwencyjnie pomaga Ziemianom, jednak generalnie są oni zostawieni sami sobie.

Bohaterowie toczą między sobą nieustające kłótnie, obrzucają się epitetami, lecz w trudnych sytuacjach potrafią się na chwilę zjednoczyć. Nie chcą jednak zmienić swojego życia na lepsze. Dotychczasowe wydaje się im czymś najpełniejszym.

Trudno mi ocenić „Jełopiadę”. Najchętniej sklasyfikowałabym ją jako pisany wierszem komediodramat deliryczny. Być może Autor chciał ośmieszyć w nim nasze narodowe wady, być może podejmowanie przez urzędy absurdalnych decyzji, które dużo kosztują, lecz nic z nich nie wynika… Nie wiem. Tak samo jak, prawdopodobnie, nie wiadomo o co chodzi w śnie deliryka.